21 września 2017

Zofia Posmysz - "Wakacje nad Adriatykiem"


Autor: Zofia Posmysz
Tytuł: Wakacje nad Adriatykiem
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 15.02.2017
Liczba stron: 320
Ocena: 10/10

Opis: 

Jak daleko może posunąć się człowiek w okrucieństwie i miłości?
Dwie kobiety, które trafiły do piekła. Pierwsza wierzy, że uda jej się przeżyć. Druga nie ma nawet nadziei. Choć wcześniej się nie znały, zaczyna je łączyć szczególna więź. Silniejsza wie, że musi uratować słabszą. Zrobi dla niej wszystko. Nawet to, do czego w innym czasie nie byłaby zdolna. Ale czy da się uratować kogoś, kto sam wydał na siebie wyrok?
Powieść o niezwykłej relacji dwóch kobiet, oparta na wstrząsających wydarzeniach z życia Zofii Posmysz, zaskakująco nowoczesna i odważna.
Historia, która zostanie z tobą na zawsze.

Recenzja:

Nieustannie towarzyszą nam myśli – przyjemne, pełne nadziei ale i dręczące – nasze osobiste traumy i traumy historyczne, pozornie nam obojętne. Dręczą nas choćby obozy koncentracyjne czasów II Wojny Światowej, budzą zainteresowanie – może trochę niezdrowe, może podkute strachem czy niedowierzaniem. Jak to mogło się wydarzyć? Jak to możliwe, że ktoś to przeżył i nie zwariował – co myślał wówczas, co myśli dziś? Słuchamy opowieści, czytamy, ale docieramy głównie do faktów, historii, jakichś zwierzeń urwanych – nie docieramy głębiej, nie rozumiemy. Wydawałoby się niemożliwe wejrzeć w te myśli, przeżycia, bo trudne jest to do opisania. Właściwie wszystkie myśli ujęte w słowa ulegają pewnemu zniekształceniu. Niemniej podczas lektury pewnej – zdałoby się niepozornej – książki doświadczyłam wrażenia, że oto niemożliwe wyłania się z niebytu – oto ktoś przybliżył swoje wczoraj „tam” i swoje dzisiaj „tu” w bardzo głębokim wymiarze. Może nie do końca, może czegoś nie dopowiedziano, a jednak powiedziano więcej niż dotąd, powiedziano bardziej.

Wakacje nad Adriatykiem wabi uroczą okładką – niewinnie białą, z uroczym ptaszkiem na kwitnącej gałązce. Dopiero po chwili dostrzegamy, że kwiaty są zwiędłe, gałązka to drut kolczasty a ptak wygląda na martwego. A ten tytuł taki odprężający i pełen obietnic leniwych, słonecznych dni. I są otóż owe wakacje – plaża, piasek, woda, jakieś młode dziewczęta o pięknych ciałach w skąpym bikini, leżaki, materace, odpoczynek. Takie „dzisiaj” – w każdym razie bardziej „dzisiaj” niż „wczoraj”. I nagle jakaś sylwetka, głos, spojrzenie, język, ton głosu wyrywa opowiadającą z tej sennej plaży i wrzuca „tam”, „wtedy”. Wpadamy w nurt skojarzeń, wspomnień, myśli uporczywych zapamiętanych z miejsca nazywanego Imperium Trupiej Czaszki pełnego Rycerzy i Rycerek – bo ukute dla złagodzenia świadomości ówczesne nazwania utknęły w pamięci bardziej niż te oficjalne. A później na chwilę powrót do „dzisiaj”, by po jakimś czasie spoglądając na obcą młodziutką dziewczynę przyłapać się na myśli, że oto ją widziała „wtedy” „tam”, choć nie mogło jej być wówczas na świecie.

Narracja płynie. Strumień świadomości – dzisiejszej i tej wspominanej świadomości – przelewa się łagodnie nawet wówczas, gdy dotyka brutalnych doświadczeń. Myśli dzisiejsze splątane są z przeszłością doskonale zakonserwowaną w pamięci; wspomnienia „stamtąd” zdają się przerobione wielokrotnie i wciąż przeżywane na nowo – żywe i dokładne. Drobne spostrzeżenia, zapachy, urywki zdań, myśli, nawet uczucia i wrażenia znaczących chwil jak jakieś przekleństwo wybitnej pamięci epizodycznej trwają wciąż w myślach razem z ludźmi których już nie ma i z obozowym regulaminem, który już nie obowiązuje. Wchodzimy w te myśli, jesteśmy dopuszczani do nich. Słyszymy jak bohaterka przypomina sobie uczucie głodu i ból i poczucie winy, że odjęła sobie odrobinę tego bólu kosztem większego zmęczenia kogoś innego. Takie niby nic, które tam wyceniane było niewymownie wyżej. Słyszymy, jak irytuje się bezbronnością i naiwnością koleżanki, jak wstydzi się swoich myśli, jak kalkuluje przebiegle by żyć. To wszystko odbywa się w niej, zewnętrze jedynie odbija się w tych myślach i napędza je. Wkraczamy w świat przetwarzania w niewyobrażalnej rzeczywistości.

Wakacje nad Adriatykiem to opowieść, która łagodnym tonem wprowadza w nas świat trudny do pojęcia. Oczywiście nic nie jest w stanie nawet najbardziej empatycznemu czytelnikowi zaszczepić cudzych wspomnień, a jednak jeśli którakolwiek książka jest w stanie zbliżyć się do tego celu – jest to niewątpliwie właśnie ta. Wchodzimy w codzienność taką, jaką przyjmowała ją więźniarka – konkretna więźniarka, młoda kobieta wystarczająco inteligentna i bystra, by przeżyć i spróbować ocalić jeszcze kogoś. Powoli odkrywamy sztuczki, które pozwalają uniknąć śmierci, rzeczy decydujące o przetrwaniu. Poznajemy codzienną pracę, trzeźwe myśli o tym gdzie się ustawić wracając z pola, hamowanie nadziei by nie tracić trzeźwości myśli. Dowiadujemy się dużo, ale dopiero po chwili orientujemy się że to opowiadane tak zwyczajnie zdarzenie wcale zwyczajne i codzienne nie jest. Nie „dziś” i nie „tu”.

Książka zawiera bardzo wyraźne wątki autobiograficzne – znając obozowe losy Zofii Posmysz odnajduje się je bez trudu. Choć szczerze powiedziawszy trudno niekiedy odgadnąć co jest tu fikcją. Może nic? To, co uderza w narracji, to brutalna szczerość i chęć wypowiedzenia wszystkiego: i szlachetnego i cynicznego – po prostu prawdy o człowieku uwięzionym w koszmarze. Autorka nie czyni z opowiadającej bohaterki, choć nie kryje jej bezinteresownych przysług. Nie pisze o niej – o sobie? – jak o niewinnej mimozie, która mimo strachu i bólu nie pomyślała nigdy niczego okrutnego czy mściwego. Jest w tym wszystkim człowiekiem. Pokazuje też bardzo wymownie, że koszmar obozu nie kończy się nigdy. Zostaje w tym wewnętrznym życiu, które kiedyś „tam” bywało ucieczką.

Recenzja została opublikowana na portalu DużeKa. :)